Na życiowym zakręcie. Postanawiam nie postanawiać

Zanim Kuba na dobre zagościła w moim życiu potrzebny w nim był solidny remanent. Swoista inwentaryzacja tego co ważne, by oddzielić od tego co zupełnie straciło wartość, stało się niedopasowane, uwierające i po prostu obce.

Kiedy pierwszy raz wróciłam z Kuby, w maju 2015 roku, wracałam do korporacji, międzynarodowej agencji reklamowej, na stanowisko dyrektorki. Prawie prosto z lotniska znalazłam się na planie zdjęciowym, by pozować do firmowych zdjęć. Wiecie, tych charakterystycznych zdjęć z założonymi rękami. Wszystko zapowiadało się świetnie i nic nie zwiastowało emocjonalnego tsunami…

W kołowrotku nowych obowiązków zaczęłam medytować. W końcu dołączyłam do grupy tych osób, którym w silnej medytacji lecą po policzkach łzy. To nigdy nie dzieje się bez powodu. Miesiąc po miesiącu, tydzień po tygodniu było tylko gorzej. Napływające z Kuby codzienne wiadomości uświadamiały mi, że coś nie gra, że muszę tam wrócić. I w ogóle, że moim wielkim marzeniem i potrzebą jednocześnie jest pojechać w świat. Zrobić sobie gap year, czyli rok bez pracy, bez obowiązków, bez zdjęć z założonymi rękami… Najpierw poleciałam na Kubę, ale później wylądowałam w Bombaju, by przemierzać Indie, medytować w Nepalu i obejść Annapurnę dookoła. A wyglądało to tak…

[WPIS OPUBLIKOWANY 6 STYCZNIA 2016 R.]:

Październikowy wieczór, centrum Warszawy. Wizyta rodziców. Jeśli mieszka się prawie 400 km od rodzinnego domu, to taka wizyta zawsze jest celebracją. I dobrą okazją do ważnych rozmów…

– Mamo, tato… postanowiłam nieco zmienić swoje życie – zaczęłam nieśmiało, ale zdecydowanym głosem.
– To znaczy? – Zapytała zaciekawiona mama.
– Wyjeżdżam w roczną podróż – rzuciłam.

Tata w tym momencie koncertowo zakrztusił się śliwkową choyą. Filmowa scena. I tak rozpoczął się długi wieczór i jeszcze dłuższy weekend. Na koniec wynieśliśmy z mojego mieszkania pianino, które pojechało do Żywca i rozpoczęło etap wyprowadzki.

Mieszkanie opuszczone, klucze oddane, życie spakowane do kartonów. Krok po kroku ucinane kolejne zobowiązania zawodowe i pytania. – Nowe wyzwania? Powodzenia! Ale nie, żadnych wyzwań, wręcz przeciwnie. Koniec z wyzwaniami!

Jak pisał Milan Kundera „szybkość jest formą ekstazy, którą rewolucja techniczna złożyła człowiekowi w darze, a ekstaza, podobnie jak szybkość, to specjalność młodego wieku”. Ale to nad czym Kundera ubolewał, to zanikanie przyjemności z… powolności. Powolność? W naszych czasach? W naszej kulturze? Absurd nie do przyjęcia.

Miniony rok był dla mnie absolutnie szalony, szybki, obfity. To był dobry rok. Czasami starałam się być w dwóch miejscach jednocześnie. Czasami próbowałam w trzech. Wyskakiwałam sobie w mailingach i w serwisach społecznościowych. Przejechałam Polskę wzdłuż i wszerz. Niezliczone konferencje, szkolenia, spotkania, uściski dłoni. Wielu wspaniałych ludzi. Kilka rozczarowań. Dużo lekcji od życia. I wreszcie powiedziałam sobie dosyć.

Kiedyś znajomy, znakomity dziennikarz śledczy, powiedział mi, bym nie podchodziła do zarządzania relacjami jak do zarządzania firmą. Wykpiłam go wtedy. A jak mam podchodzić? Spece od efektywności, produktywności i ogólnie pojętego życiowego szczęścia właśnie tak każą robić. Zarządzać sobą, czasem, ludźmi, talentami. Wszystkim. Zarządzać, rządzić, dzielić, optymalizować. Produktywność, sukces. Szczęście czy sukces. Co jest najpierw? Czy szczęście przynosi sukces, czy sukces przynosi szczęście?

Im bardziej tkwiłam w świecie nowych technologii, wirtualnych kontaktów z ludźmi, ciągłym pośpiechu, tym mocniej czułam, że jakość mojego życia spada. Na to, co naprawdę jest w życiu ważne, przestałam robić miejsce. Medytacja dawała mi uspokojenie myśli, a jednocześnie uświadamiała, że życie w kołowrotku nie prowadzi mnie tam, gdzie chcę zmierzać.

Jak pisze Wojciech Eichelberger w Krótko mówiąc: „System ekonomiczny, w którym żyjemy, w coraz mniejszym stopniu nam służy. Nie pozwala żyć po ludzki, realizować najistotniejszych aspiracji: potrzeby poświęcania innym czasu i uwagi, potrzeby uczestniczenia w społeczności, która uczy, wspiera i chroni, potrzeby tworzenia trwałych związków, kochania się, przyjaźnienia i wychowywania dzieci, bycia w zgodzie z przyrodą, ze sobą oraz z własnym sumieniem, potrzeby wolnego czasu, wolnej twórczości, doświadczania radości i zachwytu, potrzeby duchowych, poszukiwań i czynienia dobra”. Tego wszystkiego zaczynało mi brakować. Coraz mocniej i mocniej.

Podróże, które odbyłam w 2015 roku nie były przypadkowe. Najważniejsze lekcje to Kuba i Nowy Jork – zupełnie różne miejsca. Zderzenie świata ultranowoczesnego, w którym ludzie zapominają o sobie i gapią się bezmyślnie w swoje smartfony, ze światem, w którym internet pojawił się kilka miesięcy temu, a i tak, jako towar deficytowy. Najważniejsze na Kubie są za to autentyczne kontakty z ludźmi. Z ludźmi, którzy mają niewiele, ale mają zawsze ogromne serce. Z ludźmi, których mądrość życiowa nigdy nie musiała być mierzona lajkami na Facebooku.

Eichelberger opisuje europejską wyprawę w Himalaje, która chce pobić kolejny rekord. Himalaiści biegną przez kilka dni, by zaliczać kolejne bazy, aż w końcu wynajęci tragarze, po których nie widać zmęczenia zatrzymują się. Zdziwieni ludzie Zachodu nie wierzą własnym oczom.

– Czemu tak siedzicie bez sensu? Przecież szkoda czasu!
– Musimy zaczekać na nasze dusze, żeby miały szanse nas dogonić.

Moją roczną koncepcję podróży też przedefiniowałam. Zrezygnowałam z wyznaczania kolejnych punktów, krajów do odwiedzenia i celów. 2016 rok spędzę gdzieś w świecie. Pewnie będzie mnie można znaleźć na Kubie i w Himalajach. Gdzie jeszcze? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

A jak z życiem zawodowym? Z tymi wszystkimi lajkami? Z prowadzenia firmy wycofałam się i chcę poobserwować rynek z większego dystansu. Skończę pisać drugą książkę, może z czasem zaangażuję się w ciekawe projekty. Głęboko wierzę, że tak jak zmienił się współczesny konsument, tak jak zmienia się rynek, tak też musi zmienić się komunikacja. Komunikacja którą dzisiaj karmią nas media i którą my, marketingowcy, karmimy konsumenta. Wreszcie ta cała papka, którą karmi się branża. Osobiście czuję się tym wszystkim zmęczona i udaję się w poszukiwaniu nowej jakości. Przed siebie.

„Czyżby jedyna nadzieja była w tych padających z wyczerpania, doświadczających lekcji pokory wobec własnej człowieczej natury, która zdradzana i ignorowana prędzej czy później upomni się o swoje dobra? (Oby tylko chcieli, nie wstydzili się i zdążali dawać świadectwo). Czyżby to oni, którzy nie chcą się już ścigać, byli awangardą nowego wieku? Myślę, że nadzieja również w tych, którzy zechcą być mądrzy przed szkodą – którzy potrafili się zatrzymać, pozwolą własnej duszy, by ich dogoniła, i zaczną jej słuchać. To nie takie trudne” – pisze Eichelberger i kwituje:

„Ale na szczęście gdzieś głęboko w naszych sercach tli się niegasnąca iskierka tęsknoty za życiem prawdziwym, doniosłym i nieodwołalnym”. We mnie się tli. I Wam też życzę prawdziwego i doniosłego życia. W zgodzie z tym, co jest głęboko w każdym z nas schowane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *