Gorzka pocztówka z deszczowej Kuby

Deszcz na Kubie nie jest zjawiskiem dziwnym. Kiedy jednak przychodzą te szare dni, wszystko i wszystkich ogarnia paraliż. A może to raczej takie zbiorowe przyzwolenie na to, by móc wszystko zostawić i po prostu nic nie robić?

Dziś na Kubie deszczowo. To idealny dzień, by sobie ponarzekać. A muszę wam powiedzieć, że Kubańczycy narzekać potrafią i lubią. Nie znam wszystkich Kubańczyków, ale ci, których znam i których spotykam każdego dnia, zawsze znajdą jakiś powód, by sobie pobiadolić. To taka nasza wspólna cecha narodowa.

Jednocześnie Kubańczycy wydają się z tym, na co narzekają bardzo pogodzeni, bo nie robią absolutnie nic, by powody marudzenia zmienić. Dziś jednak to ja będę narzekać na Kubę. Nie zmienia to mojej miłości do tej wyspy, ale zawsze powtarzam, że Kuba wzbudza skrajne uczucia – we mnie również.

Nie, bo pada deszcz

No więc mamy dzisiaj ten deszczowy dzień. Skoro pada deszcz, to już właściwie od rana trzeba się liczyć z tym, że niewiele uda nam się załatwić. Tak więc próbuję dodzwonić się do agencji, która obsługuje nasze biuro podróży. Takiej poważnej, co to odpowiada za rynek międzynarodowy. Są tematy, na które czekam od kilku tygodni (tak, tygodni…) i takie, o które walczę od kilku dni. Nie ustaję więc w tej swojej walce i kolejny dzień próbuję pchnąć rzeczy do przodu. I co? Nikogo nie ma w biurze bo… pada deszcz. I to jest zupełnie poważny argument, którego nikt nie wstydzi się wypowiedzieć na głos. Nikt z tym nie polemizuje. Brzmi jak „nie mam pracy domowej, bo pies zjadł mi zeszyt”? Nie dla Kubańczyka… Po prostu pada deszcz, więc można nie przyjść do pracy.

Ja wiem, że jak pada na Kubie, to pada konkretnie, rzęsiście i droga do biura jest w pewnym sensie walką o być albo nie być. Szukanie transportu, który jest równie nieprzewidywalny jak pracownicy, droga do biura, później droga powrotna. Lepiej po prostu zostać w domu. Nie, praca zdalna na Kubie nie funkcjonuje, gdyby komuś to przemknęło przez kapitalistyczną głowę.

Nie, bo nie

No dobrze. Moje bitwy tego dnia dopiero się rozpoczęły. Kolejne biuro, kolejna sprawa do załatwienia. Niestety – osoba, której potrzebuję jest chora. Nie przyszła do pracy. Czy ktoś ją zastępuje? Oczywiście, że nie. Choroba to jeszcze jest jednak całkiem rozsądny argument przy deszczu. Regularnie zdarzają się jednak nieobecności z milionów innych powodów, łącznie z tym, że „rząd mało płaci, więc nie pracujemy”. Są na Kubie dokumenty, na które można czekać miesiącami, bo ktoś jest chory, ma chore dziecko lub chorych rodziców i po prostu przestał pracować. To nieważne, że jest to nadal jedyna osoba, która może złożyć jakiś znaczący dla rządu podpis. Nikt nic z tym nie robi. Po prostu się czeka. Ponarzeka się i czeka dalej. Czy kogoś na Kubie to dziwi? Zaskakuje? Irytuje? Nie bardzo. Można ponarzekać, ale są z tym pogodzeni. Tylko ja niepotrzebnie jeszcze czasami się dziwię i denerwuję…

Mój fatalny dzień mija. Dzwoni telefon. Ku mojemu zaskoczeniu, to z jednego z rządowych biur. Siostra mojego męża powinna iść odebrać dokument, na który czeka od dawna. Od dawna. Ale słyszę, że mówi ponaglającej ją urzędniczce mañana, czyli jutro. I jak gdyby nic argumentuje: „bo dzisiaj jest zła droga”. No tak, zła droga. Bo przecież padał od rana deszcz. Mañana też jest dzień. Chociaż… może okazać się, że jednak nie.

Do deszczu trzeba jeszcze dorzucić ten magiczny moment – 18 grudnia. To jest czas, taki niepisany termin, kiedy wszyscy dają sobie przyzwolenie na to, by nie pracować, a przynajmniej zdecydowanie zwolnić obroty. Pomyślicie, że to dobrze – święta, czas zadumy i refleksji. Ale nie na Kubie. Tutaj święta to pieczenie prosiaka, picie rumu (jeszcze lepiej, jeśli jest piwo), słuchanie głośnej muzyki i niezliczone spotkania. Oczywiście, że to dobrze – dobrej zabawy i silnych relacji z rodziną i przyjaciółmi Kubańczykom nie można odmówić. Ale to, że kraj jest na ten czas sparaliżowany, to inna sprawa. Na nic biadolenie i narzekanie. Po prostu trzeba czekać, a jeszcze lepiej oddać się świętowaniu…

Mnie co roku na ten termin przypada przedłużenie wizy rodzinnej. W tym roku również wypada na 1 stycznia. No cóż,  jeszcze nigdy nikt nie zrobił mi tego w terminie… i nikt się tym również nigdy nie przejmował. Raz przyszłam nawet w umówionym terminie, odpowiednio wcześniej, bo chciałam być taka europejsko przewidująca. I co? Zastałam pracowników krzątających się po biurze, którzy ze zdziwieniem na mnie spojrzeli i powiedzieli, że nie pracują „bo myją podłogę” i w ogóle to do pracy wrócą po 2 stycznia. Umówione spotkanie? Jakiś żart? O co mi w ogóle chodzi.

Nie, bo tak

W takie dni, ale nie tylko takie, Kuba wymaga anielskiej cierpliwości. Osoby, które od lat żyją na Karaibach, mimo że wcześniej mieszkały np. w Europie, są już przestawione na ten tryb. Wolniejszy,  „jakoś to będzie” czy po prostu mañana. Ja dzielę życie między skrajnie spieszącą się Warszawą, a nie robiącą sobie nic z tych kapitalistycznych wymysłów Kubą. Jak lwica pilnuję i uczę naszych Kubańczyków dbania o jakość i dyscypliny. Czasem to walka z wiatrakami, czasem ogromna satysfakcja, że poziom usług poprawia się. Do tej pory nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, które podejście jest lepsze i co ważne, przestałam już jej szukać. Nauczyłam się odpuszczać i czerpać z dwóch systemów to co dla mnie dobre…

Miną święta, jeszcze szybciej miną deszczowe dni. Przyjdzie – charakterystyczny dla stycznia – czas pustych sklepów . Tak, mogą być jeszcze bardziej puste niż zazwyczaj. Zanim kraj na nowo się zorganizuje i wróci na swoje tory, minie jeszcze kilka ładnych dni i dopiero znowu będzie można coś załatwić. Pod warunkiem, że nie będzie padał deszcz. Wtedy nie pozostaje nic innego jak powiedzieć mañana…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *