Sklepy i kolejki na Kubie vs Kubańczyk w polskim Tesco

O sklepach i kolejkach na Kubie można napisać książkę. Czekanie pochłania czasami większość dnia Kubańczyków i jest ważną częścią ich życia. Sklepów zresztą jest niewiele, a towaru w nich jeszcze mniej.

Dopiero po kilku miesiącach spędzonych na Kubie i wejściu w codzienny rytm kubańskiego życia zrozumiałam, czym tak naprawdę jest Kuba. Codziennie chłonęłam absurdy socjalistycznego systemu i podziwiałam sprawne poruszanie się Kubańczyków w nich. Ich współpracę i sposoby na radzenie sobie z trudami codzienności.

– Barbara, od dzisiaj na śniadanie, obiad i kolację jemy jajka! – krzyknęła do mnie żartobliwie teściowa. Wtedy zobaczyłam, że mamy dziesiątki, ba, grubo ponad setkę jajek w kuchni i wcale nie są to wielkanocne zapasy. Już prawie od tygodnia jajka były towarem niedostępnym w Vinales i wszyscy je między sobą pożyczali, by przede wszystkim mieć z czego zrobić tortillę turystom na śniadanie.

Nic nie wskazywało na poprawę, więc po jajka trzeba było pojechać do sąsiedniego Pinar del Rio. Pech chciał, że kiedy część sąsiadów była już w drodze na zakupy, jajka pojawiły się w Vinales. Informacja ekspresowo rozeszła się pocztą pantoflową po domach i wszyscy pobiegli ustawić się w kolejce. Tak oto z trzema paletami do domu wrócił Michel, z Pinar del Rio kolejne trzy przywiózł sąsiad, a później jeszcze sąsiadka dołożyła swoje.

Kupowanie na Kubie to rytuał. Myślę, że gdyby Kubańczycy zobaczyli tempo kasjerek w Biedronce albo samoobsługowe kasy w marketach, mieliby oczy szeroko otwarte. Jak można kupować tak po prostu? Gdzie ceremonia stania w kolejce i długich rozmów? Gdzie wąchanie owoców, by wybrać najpyszniejsze? Gdzie przebieranie pomiędzy warzywami i grymaszenie, by wytargować niższą cenę?

Kupowanie niejedno ma imię

No dobra, najpierw mnie to dziwiło. Dlaczego stoimy przy wózku z warzywami i owocami tak długo? Co to za teatr, żeby wszystkiego dotykać, wąchać, a pomiędzy bananami i ziemniakami poruszyć jeszcze tysiąc innych tematów? Później oczywiście odpowiednio długie targowanie się, droczenie i dopiero zakupy można udać za udane. I to wszystko oczywiście w upale!

Im lepszy był mój hiszpański i im dłużej byłam na Kubie, tak zaczęłam się wciągać w tę grę. Zrozumiałam, że na Kubie nie można tak po prostu kupować, ale też nauczyłam się odróżniać co jest naprawdę dobre, jeśli chodzi o warzywa i owoce. Tam to ma sens, bo jedzenie nie jest pryskane i nie zawiera chemii. Bawi mnie Michel, który na bazarku w Warszawie próbuje z takim samym zaangażowaniem wybierać produkty, ale jakoś o ich zapach jest trudniej…

Po miesiącu miałam system kupowania tak rozpracowany, że nie tylko wracałam z najlepszymi cenami, ale jeszcze zawsze z gratisami.

Kiedy pod dom podjechał wóz z warzywami i wybiegłam po ananasy, sąsiadki nie mogły się nadziwić Najlepsze są produkty i ceny z wozu, prosto od farmerów, którzy okrążają okoliczne miasteczka. W mig nawiązałam relację ze sprzedawcą, wybrałam co najlepsze, pokręciłam nosem na kolor bananów i w prezencie dostałam limonki. – To nie jest Kubanka?! Kręcił głową z niedowierzaniem kiedy sąsiadki biły mi brawo za udane zakupy w kubańskim stylu.

Na zdjęciu poniżej widzicie mojego ulubionego sprzedawcę, u którego zakupy były jak potężna dawka endorfin każdego dnia.

Ultimo?

Kubańskie kolejki to kolejna rzecz, która wymaga odpowiednio dużo naszej uwagi. Jak widać (na zdjęciu poniżej kolejka w Hawanie do sklepu z mięsem), kolejki nie są krótkie. Kiedy coś pojawia się w sklepie, natychmiast wszyscy w okolicy dowiadują się o tym i biegną do sklepu Ale ponieważ czasami stoi się kilka godzin, to nie jest to wzorowy sznur ustawiony gęsiego. I wtedy właśnie wkracza poważny system pilnowania swojego miejsca.

– Ultimo? (hiszp. ostatni) – zapyta każda osoba, która pojawia się w kolejce. I wtedy ta ostatnia tłumaczy, kto jest przed nią, że ona jest ostatnia, ale teraz obowiązek pilnowania kolejki spoczywa na nowym w kolejce. I tak każdy każdemu tłumaczy.

Czasami usłyszy się nieco więcej. Na przykład ktoś komuś trzyma miejsce w kolejce i wtedy powie mniej więcej tak:

– Ten stary jest przede mną teraz, ale gruba za chwilę wróci i będzie przede mną, a ty chudzino jesteś ostatnia. Brzmi niesympatycznie? W Polsce nikt sobie nie pozwoli na takie spoufalanie, ale na Kubie tak naprawdę jest to okazywanie sympatii poprzez takie, nieco uszczypliwe, epitety.

Najpierw życie, później interesy

Na Kubie nie wypadałoby tak po prostu robić interesów. Szczerze mówiąc do tego też musiałam przywyknąć, a i tak nie jestem pewna czy mi się to udało. Stoimy w długiej kolejce po karty do internetu. Kolejka zawsze jest długa, bo obcokrajowcy mają spisywane paszporty, a Kubańczycy podają swój PESEL i też są wprowadzani do systemu, a nikomu z obsługi się nie spieszy…

– Jak twoja siostrzenica? Ah, a jak się czuje twoja babcia? Polepszyło się jej? No dobrze, to pozdrów ode mnie męża i dzieci – takie dialogi wydłużają kolejki, ale przyjść, spotkać kogoś znajomego i tak po prostu przejść do interesów to nie do pomyślenia.

Relacje, rodzina, przyjaźń – to dla Kubańczyków filar w socjalistycznym systemie. Trzymają się razem, okazują to sobie i żadna zniesmaczona turystka nie będzie ich poganiać.

Sprawy prywatne Republiki Kuby

Niestety, sporo zdjęć z państwowych sklepów – jak ten poniżej – zostało ocenzurowanych już na Kubie. Kilka razy zostałam wyproszona z aparatem ze sklepu, ale również Michel zawsze uczula mnie na publikacje.

– Chcesz, żebym już nigdy nie mógł wrócić na Kubę? – straszy mnie czasami, kiedy odgrażam się publikacjami na temat polityki. Myślę, że w języku polskim jestem bezpieczna, ale za „naruszanie spraw prywatnych Republiki Kuby” już niejeden obywatel i dziennikarz wyjechał z wilczym biletem.

To sklep, w którym na kartki kupuje się ryż, mydło, olej, a czasami też zapałki.

W Trinidadzie Panie nie tylko nie wyprosiły mnie ze sklepu, ale nawet uraczyły delikatnym uśmiechem.

W Tesco jak w Disneylandzie

Wiele osób pyta Michela co było dla niego największym zaskoczeniem w Europie. Niekwestionowane pierwsze miejsce zajmują sklepy. Nigdy nie zapomną pierwszej wizyty w Tesco. Uginające się od ilości towarów regały, wybór przyprawiający o zawrót głowy, wózki na towar, kasy z taśmami…

Dla nas to codzienność. Ale spójrzcie na zdjęcia sklepów na Kubie, wyobraźcie sobie, że całe życie znacie tylko taką rzeczywistość, a później nagle bum. – Tu jest jak w Disneylandzie – powiedział Michel, chociaż ani ja ani on nigdy nie byliśmy w parku rozrywki Disneya. Później była pierwsza galeria handlowa i kolejny szok…

I wiecie co? Wciąż zastanawiam się co jest lepsze…

Kolejka po mundurki szkolne na ulicy Trinidadu

 

    

 

Wystawa sklepowa

Na wystawie wszystko co jest dostępne w sklepie. Właściwie to prawie wszystko co potrzebne, by zrobić mojito. Czego chcieć więcej? 😉

4 thoughts on “Sklepy i kolejki na Kubie vs Kubańczyk w polskim Tesco”

    1. Szkoda tylko, że wpisy są znacznie rzadziej.
      Wiadomość do autorki bloga, jest nowy czytelnik, który czeka na regularne wpisy 🙂
      pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *