Jak wygląda prawdziwe życie na Kubie?

Niespodziewanie Kuba stała się moim drugim domem. W dzień, w niekończących się kolejkach po wszystko, tracę cierpliwość. W nocy, ze szklanką mojito i w salsie, zapominam o tym co złe. Trudne życie pełne absurdów, które skrzętnie chowane jest przed turystami, to właśnie prawdziwa Kuba.

Stoimy w kuchni nad jedynym dostępnym palnikiem. W garnku odgrzewa się czerwona fasola, a ja opowiadam jak działa indukcja. – Płyta wie kiedy ma ogrzewać garnek, a jeśli jej dotkniesz jest zimna. Rolando i Odalys, jego mama, słuchają z szeroko otwartymi oczami. Bo w kubańskiej kuchni brzmi to jak film science fiction. Kilka dni po moim przylocie idziemy na zakupy, by uzupełnić lodówkę. W głowie mam długą listę. Chcę kupić arbuza, ananasy, dynię, paprykę, pomidory, ogórki, banany maduro – do smażenia – i banany verde (zielone) – odpowiednie do gotowania. Nic wielkiego. Nie jem mięsa, więc owoce i warzywa dominują. W sklepie są arbuzy i słodkie ziemniaki. Nic więcej. Powoli zaczynam rozumieć co znaczy często powtarzane „Es Cuba” w kubańskich ustach. Mieszkam tu, więc walka o każde inne jedzenie niż ryż i fasola jest wpisana w mój codzienny plan dnia. Nikt tu nie myśli o indukcji, ale za to o jedzeniu owszem. Każdy. Codziennie.

Kiedy w sklepie nic nie ma, albo kiedy nie ma sprzedawcy, bo je przez godzinę obiad, albo kiedy poczta jest zamknięta, bo nie działa komputer, zawsze słyszymy „Es Cuba”. Kubańczycy widzą inaczej ubranych turystów z drogą elektroniką i portfelem, który pozwala zjeść kolację w restauracji. Widzą swoich sąsiadów emigrujących do Stanów i Europy i widzą, że coś poszło nie tak. Socjalizm pozwala na siedzenie w bujanym fotelu przez wiele godzin dziennie, ale pragnienie, by zaznać choć trochę lepszego życia wychyla się z każdego domu.

Dwie Kuby na jednej wyspie

Sklep z arbuzami i ziemniakami to sklep państwowy. Jak większość sklepów, barów czy instytucji na Kubie. Nazywam te sklepy „mercados con nada”, czyli sklepy z niczym. Nikt tu nie myśli o obsłudze klienta czy urozmaiconym towarze. Kupujemy to co jest dostępne, a co najważniejsze, kupujemy za pesos. Bo Kuba to dwie waluty i dwa światy. Pesos cubanos to waluta państwowa. Pesos convertibles CUC (kuki), to waluta dla turystów. Za 1 CUC (równy 1 dolarowi) kupimy 24 pesos cubanos. Różnica jest ogromna. Taka sama jak między światem Kubańczyków, a światem, który Kuba oferuje turystom.

Obcokrajowcy mogą płacić w pesos tylko w wybranych miejscach. Najczęściej za owoce sprzedawane na ulicy. Ale kolorowe wózki to mercados particulares, czyli sklepiki prywatne i równie dobrze możemy rozliczyć się w CUC. Będąc turystą na Kubie, lepiej nie liczyć na to, że oszczędzimy. Czy w pesos czy w CUC zawsze zostaniemy odpowiednio policzeni. Aha, zazwyczaj w sklepie państwowym kasjerka zaokrągli nam cenę do góry, a kiedy zobaczy, że nie jesteśmy tacy naiwni, z uśmiechem na ustach powie, że po prostu nie ma wydać. Akurat.

Kubańczycy liczyć potrafią. Cała wyspa jest jednym wielkim układem opartym na prowizji. Turyści odwiedzający gorącą wyspę najczęściej zatrzymują się na nocleg w casas particulares, czyli prywatnych domach z odpowiednią licencją i pokojami dla gości. Pokoje zawsze mają klimatyzację i prywatną łazienkę. Świeże ręczniki i koktajl z egzotycznych owoców na powitanie. Gospodarze zaproponują nam zorganizowanie przejazdów, wycieczki po okolicy, pomoc lokalnych przewodników czy noclegi w kolejnych miejscowościach. Skontaktują się z kim trzeba i ani się obejrzymy, a już wszystko będzie załatwione. Turysta nic nie traci – koszty polecenia ponosi beneficjent. Bezpośrednie kontakty to rzadkość, bo zawsze znajdzie się jakiś pośrednik, który będzie nam chciał coś zorganizować. Jeśli Kubańczycy chcą zarabiać na turystach, to muszą trzymać się tej pajęczyny układów i kontaktów. Wychodzenie przed szereg nie jest mile widziane.

Podobnie wygląda kwestia budowania domu, remontowania mieszkania, kupna paliwa czy jedzenia. Każdy zna kogoś kto pracuje w odpowiedniej instytucji, by coś załatwić. Na przykład cement wydzielany w viviendzie – państwowym biurze odpowiedzialnym za materiały budowlane – a to makaron w państwowej restauracji sprzedawany na lewo przez pracowników. Jeśli znamy kierowcę autobusu szkolnego, to uda się załatwić tańsze paliwo i tak dalej. Moje pokolenie nie, ale wcześniejsze doskonale pamięta takie układy z dawnej Polski.

Prawdziwa Kuba?

Jest środa. Dziś w domu Rolando i Odalys mamy turystów z Niemiec. Są bardzo zdziwieni kiedy dowiadują się, że jestem z Polski. – Naprawdę jesteś Polką? Na sto procent? I rodzice też? Bo wiesz… No nie wyglądasz jak Polka – zagadują zdziwieni przy kolacji. Chcieli zjeść kolację w domu – smaczniejsze i tańsze rozwiązanie niż restauracja – bo chcą zobaczyć jak jedzą Kubańczycy. Jaka jest prawdziwa Kuba. Tyle, że śniadania czy kolacje przygotowane dla turystów nie mają z „prawdziwą Kubą” nic wspólnego. Jest domowo, pysznie, ale to nie jest codzienne życie.

Na śniadanie w casas particulares prawie zawsze dostaniemy to samo. Do picia smoothie ze świeżych owoców i kawa z mlekiem przygotowane w oddzielnych termosach. Gorące mleko to zawsze mleko w proszku, za to kubańska kawa jest absolutnie przepyszna. Do tego owoce, biały chleb (innego nie ma na Kubie) i obowiązkowo jajka. Najczęściej tortilla, czyli nasz omlet. W tym są najlepsi. Gotowanie jajka na twardo byłoby równie dziwne jak ta płyta indukcyjna. Czasem na stole pojawią się też plasterki żółtego sera i wędlina. Dżem z gujawy i masło. Wszystko równo ułożone czeka na gości.

Kubańczyk, jeśli w ogóle, to na śniadanie zje pół tego samego chleba, ale nie pokrojony w kromki, tylko w postaci dużej bagietki lub bułkę. W środku jajko (omlet) usmażone na oleju. Cała reszta, która znalazła się na stole dla turystów czeka w lodówce i jest przeznaczona tylko dla turystów. Kubańczycy na co dzień nie jedzą masła, sera czy świeżych owoców. Są po prostu dla nich za drogie, ale do zarobków przejdziemy później.

Kolacja dla turystów to również stół idealny. Talerze i sztućce czekają. Goście zamawiają kurczaka lub rybę. Do tego na stole znajdzie się miska z fasolą, talerz ryżu, świeże warzywa, czasami smażone banany, a na koniec niespodzianka – deser z owoców lub flan. Co zje Kubańczyk? Ryż z fasolą i do tego czasami kawałki wieprzowiny z kością, ale przeważnie jajko. Czasem coś w rodzaju smażonych parówek czy jamonady – podobna do polskiej mortadeli. Świeże warzywa? Za drogie. Mięso? Za drogie. I podstawowa różnica – sposób jedzenia. Kubańczycy jedzą wszystko w jednym, głębokim talerzu, przeważnie łyżką i raczej nie przy stole, tylko na bujanym krześle.

Jako wegetarianka jestem dla nich prawdziwą ciekawostką. Jak można tak po prostu odmawiać sobie jedzenia najbardziej pożądanej żywności? Co ciekawe, w państwowych restauracjach do wyboru mamy tylko dania z mięsem. Ciekawe, bo o mięso trudno, ale o dania jarskie jeszcze trudniej.

Jedzenie na kartki i darmowe obiady?

W Polsce nie doświadczyłam sklepów z żywnością na kartki, więc nadrabiam na Kubie. Na każdy miesiąc dla jednej osoby przysługuje ryż (3,5 kilo), cukier (1 kilogram na 6 osób), fasola (1 kg na 6 osób), olej (250 ml na osobę), kawa (115 gram na osobę), sól (1 kg na rodzinę), jajka (5 sztuk na osobę na miesiąc), czasami hamonada, a czasami kurczak lub ryba. I jest jeszcze jedna rzecz, o której marzy niejeden Polak. Codziennie rano do drzwi puka jeden z sąsiadów i dostarcza bułki prosto z piekarni. Jedna bułka od państwa dla każdego domownika. Miesięczny koszt 2 CUC – za pieczywo i prowizję dla sąsiada łącznie. Czy to wystarczający przydział jedzenia na miesiąc? Oczywiście, że nie. Na resztę trzeba sobie zapracować.

Kubańczyk pracujący w instytucji państwowej zarabia 14 CUC miesięcznie (ok. 56 złotych) i, jak na opiekę państwa socjalnego przystało, drugie 14 CUC dostaje na obiady. Kiedyś obiady podawano w zakładach pracy, ale dziś państwo Fidela tnie koszty. Każdy Kubańczyk obowiązkowo przepracowuje dwa lub trzy lata w biurze administracji państwowej. Dodatkowo mężczyźni mają obowiązkowe dwa lata wojska. Większymi farciarzami są Ci, którzy zarabiają na turystach, czyli zarabiają w CUC.

Czy zarobione 14 CUC i miesięczny przydział jedzenia wystarcza na przyzwoite życie? Oczywiście, że nie. Nawet w państwie socjalnym. Emanuel ma 23 lata, pracuje w instytucji państwowej, ale późnym wieczorem lub bladym świtem handluje trudno dostępnym jedzeniem. I tak od drzwi do drzwi puka, a to ze świeżą rybą, a to z 1,5-litrowymi butelkami jogurtu naturalnego. Rarytas dla całej rodziny. Kiedy taka butelka pojawi się w lodówce wszyscy dzielą się równo i każdy pilnuje swojej porcji. Nie wiadomo kiedy znów się pojawi. Jak mawiają Kubańczycy – na Kubie wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne. Dla Emanuela to sposób na dorobienie do skromnej państwowej pensji. Kiedy wieczorem spotykamy się w Casa de la Musica – w każdym mieście jest taki państwowy przybytek z programem artystycznym co wieczór – Emanuel w śnieżnobiałej koszuli sączy rum. Dziś nie handluje, odpoczywa. – Jak będzie po angielsku „czy chcesz zatańczyć? – pyta mnie nieśmiało. Spodobała mu się jedna z turystek. Takich międzynarodowych par na Kubie nie brakuje, ale częściej za inną narodowością rozglądają się mężczyźni. To oni częściej wyjeżdżają z Kuby.

Wyzywająca i gorąca wyspa

Kubanki słyną ze swojej rozwiązłości. Uwielbiają obcisłe i wyzywające ubrania, dużo biżuterii i mocny makijaż. Są dominujące i temperamentne. Kiedy są w związku – formalnym lub nie – często mają kogoś na boku. Mężczyźni nie pozostają dłużni, a w rezultacie mamy społeczeństwo przesiąknięte rodzinami patchworkowymi. Rzadkością jest tradycyjny model rodziny. Na początku lawirujemy w tym labiryncie zdrad, romansów, rozwodów i przyrodnich sióstr, ale później każda kolejna historia wyjęta rodem z brazylijskiej telenoweli w ogóle nas nie dziwi. Es Cuba!

Wszystkie moje krótkie spodenki podwinęłam do góry przynajmniej dwa razy. Były po prostu za długie jak na krótkie spodenki na Kubie. Kiedy dziś w Casa de la Musica widzę turystki w luźnych sukienkach to wiem, że dla Kubańczyków są to namioty. Tu wszystko jest bardzo krótkie i powinno podkreślać kształty. W latynoskim świecie w ciele nie ma nic do ukrywania. Brzuszek, boczki? Nie szkodzi. Wszystko ma być pokazane. Nikt tu nawet nie myśli o jakimś ukrywaniu mankamentów.

A ubrać się na Kubie nie jest łatwo. O ile w Hawanie wybór ubrań jest spory, no może przesadziłam, to już w mniejszych miastach nie ma go wcale. Kubańczycy najczęściej kupują ubrania przywożone z Panamy, Rosji lub Ekwadoru przez osoby, które mają wizy i paszporty. I znowu handel odbywa się w domach. Kilka dni temu Alejandro przywiózł z Ekwadoru niebieskie trampki. Cena 8 CUC. Rozeszły się w dwie godziny. Luksusem są też kosmetyki. Każda buteleczka czy słoik kremu zostawione przez turystów są na wagę złota. Większości nie stać też na papier toaletowy. Raz, że bywa trudno dostępny, dwa, jego cena jest nieadekwatna do zarobków. W toalecie najczęściej można zobaczyć… gazetę.

Drzwi szeroko otwarte

Na Kubie nie ma mowy o anonimowości, prywatności i tematach tabu. Nikt nie zapowiada swojej wizyty, a raczej wszyscy wędrują od drzwi do drzwi ze swoimi sprawami. W końcu zawsze jest coś do załatwienia i zawsze jest ktoś, kto pomoże to załatwić mniej oficjalną drogą. W domach siedzi się na tradycyjnych bujanych krzesłach. O ile średnio człowiek siedzi w swoim życiu 17 lat, to myślę, że średnia Kubańczyków spokojnie może wynosić 27 lat. Cisza nocna trwa od 24 do 8 rano i nikogo tutaj nie dziwią goście o 22 czy 23. Nie ma tradycji przyjmowania gości napojami, a co dopiero jedzeniem. Po prostu się siedzi i rozmawia o wszystkim i o niczym. Jedyny temat tabu to polityka. – Lepiej wiedzieć mniej i mówić mniej, bo ściany mają uszy – mawiają Kubańczycy. Dobrze wiedzą, że nie brakuje wśród nich agentów. Nie brakuje też interwencji policji, która krótko trzyma swoich obywateli.

– Na Kubie możesz nie mieć pracy przez pół roku i będziesz żyć spokojnie – mówi Daniel, kierowca taksówki. Nikt tu nie pozostaje obojętny na drugiego człowieka. Kiedy braknie ryżu zawsze można liczyć na sąsiada. Ale Daniel poznał Kanadyjkę, domyka swój drugi rozwód i – jak wielu – chce wyjechać.

Kiedy babcia Rogelia była chora i okazało się, że po antybiotyk trzeba jechać do miasta obok, przez dom przewinęło się około trzydziestu osób. Wszyscy zatroskani i zainteresowani zdrowiem abueli (hiszp. babcia). Opiekę zdrowotną Kubańczycy mają zapewnioną, ale z lekami bywa trudno. Kiedy chciałam kupić coś na kaszel, po odstaniu w długiej kolejce w aptece państwowej (nie osobiście, bo obcokrajowcy tam kupować nie mogą), okazało się, że na kaszel nic nie ma. W drzwiach obok, w aptece dla turystów, bez żadnej kolejki i już osobiście kupiłam syrop za 5 CUC (ok. 22 złote). Kubańczyk szybciej znajdzie dziesięć domowych sposobów na gardło niż zapłaci tyle za lekarstwo.

Kiedy babcia jest zdrowa, cały dzień spędza w domu dla starszych osób, w Casa del Abuelo. Za niewielką miesięczną opłatę ma zapewnione od poniedziałku do piątku towarzystwo rówieśników, opiekę i pięć posiłków. Babcie rozmawiają, dziadkowie grają w domino. Sielanka. Ale nie wszyscy spędzają starość w ten sposób. Jak ze wszystkim tutaj też potrzebne są odpowiednie kontakty, czyli dużo, dużo rozmów ze wszystkimi. – Jak można tak siedzieć cały dzień i bablać o niczym? – Pytam któregoś dnia poirytowana ciągłymi wizytami sąsiadów. – A siedzenie cały dzień przed komputerem jest lepsze? – Usłyszę w odpowiedzi.

Coche colectivo

Najsłynniejsi staruszkowie na Kubie to amerykańskie samochody. Te nieco młodsze i w dobrym stanie służą do turystycznych przejażdżek. Ale te leciwe i remontowane niezliczoną ilość razy, są eksploatowane jako coche coletcivo, czyli taksówki współdzielone z innymi. Między miastami taki samochód nie ruszy, póki nie będzie kompletu osób. W Hawanie jeżdżą po ustalonych trasach, a pasażerowie łapią taksówkę na ulicy i dosiadają się do innych. Prywatne przejazdy taksówką są popularne raczej tylko wśród turystów.

Jeszcze tańsze są autobusy – miejskie lub międzymiastowe Omnibusy. Ostatnio kiedy wracałam z Hawany i na dworcu wylegitymowałam się paszportem, by kupić bilet na Omnibus, zostałam odesłana z kwitkiem. Dla obcokrajowców są autobusy Viazul – jakieś 10 razy droższe – i nie ma dyskusji. I choć teoretycznie w takim autokarze nie powinniśmy spotkać Kubańczyków, to oczywiście, kiedy są wolne miejsca, znajdą się tam znajomi kierowcy. Nikt tu nie robi pustych przebiegów.

Droga do kapitalizmu

Kubańczycy są przedsiębiorczy. Nauczeni kombinować i żyć w kraju, w którym jest niewiele, dobrze wykorzystują drgnięcia kapitalizmu, które pojawiają się na wyspie. Ale odkąd mogą pracować na własny rachunek coraz więcej myślą o pieniądzach, a coraz mniej o relacjach. Czerpią pełnymi garściami z zachodniego stylu życia. W końcu od Miami dzieli ich niespełna 200 km oceanu.

W minionym roku Kubę odwiedziły rekordowe dwa miliony turystów i tendencja jest wzrostowa. Za każdym razem gdy tu przylatuję widzę nowe restauracje i atrakcje dla turystów. W barach i na ulicach słychać muzykę na żywo. Ale w domach też – wystarczy, że Kubańczyk usłyszy gorące rytmy i już podrywa się do salsy.

Zmiany są widoczne z miesiąca na miesiąc, ale są powolne. Zupełnie jak czas na Kubie. Tutaj 10 minut może równie dobrze trwać godzinę czy dwie. Ale odkąd w miastach pojawiło się wifi Kubańczycy lepiej wiedzą ile trwa jedna godzina. Za każdą płacą bowiem 2 CUC. Żeby mieć internet, najpierw potrzebujemy kartę zdrapkę z loginem i hasłem. Miejsca z wifi rozpoznajemy po grupkach ze smartfonami zapatrzonymi w ekrany. Najczęściej są to parki i główne place w poszczególnych miastach. Ci, którzy mają komputery w domu oglądają filmy i seriale sprzedawane na USB, czyli tak zwane pakieciki dystrybuowane co tydzień. To taki internet bez internetu z materiałami ze Stanów. W Polsce mawiamy „Polak potrafi”. Kubańczycy myślą o sobie dokładnie tak samo.

Nierealna utopia

Na autostradzie przecinającej Kubę z zachodu na wschód co jakiś czas pojawiają się billboardy z cytatami Fidela Castro. Jeden z nich, wychwalający socjalizm, brzmi „Lepszy świat jest możliwy”. Bo w gruncie rzeczy Fidel chciał dobrze. Chciał stworzyć utopię. Państwo bez podziałów – równość i sprawiedliwość dla wszystkich obywateli. Darmowa edukacja i służba zdrowia, praca na rzecz państwa dla wszystkich, państwowe sklepy i kartki na podstawowe produkty. W domach nie brakuje wody i prądu, a rachunki są niewysokie. Z głodu nikt nie umiera. Wszędzie jest czysto i bezpiecznie. Ludzie, nawet jeśli się bogacą, to nie mają za bardzo gdzie uprawiać konsumpcjonizmu. Czy można chcieć czegoś więcej? Można. Na przykład wolności. Tego nie zaznał żaden Kubańczyk, który nie wyjechał z wyspy z paszportem w ręku wartym 100 CUC, by jeszcze bardziej utrudnić emigrację. To prawdopodobnie najdroższy paszport świata.

Odbiór Kuby przez syty Zachód, ze sklepami wypchanymi rzeczami, których do niczego nie potrzebujemy, jest jednak zniekształcony. W gruncie rzeczy i wbrew pozorom Kuba myśli o ekologii i ekonomii. Jest jedynym państwem, który realizuje swoje cele w zakresie zrównoważonego ekologiczne rozwoju. Ma też najlepiej zachowane ekosystemy na Karaibach. Kiedy u nas kupujemy rzeczy z góry określoną datą przydatności, Kubańczycy nauczeni są wszystko szanować, a co się zepsuło, reperować.

– Jutro będzie nowy materac na łóżko – mówi Odalys, a ja, nie ukrywam, bardzo się na tę wiadomość ucieszyłam. Następnego dnia wcześnie rano słyszę – Barbara! Wstawaj! Potrzebujemy materac! Ani się obejrzałam, a za oknem, na starym łóżku, dwóch mężczyzn rozszarpywało mój materac, by na nowo ułożyć wypełnienie i zszyć. – Co, w Europie się wyrzuca i kupuje nowe? – pyta Rolando. – No tak – odpowiedziałam zdumiona widząc „nowy materac”. Naprawa – 25 CUC. Nowy? 300 (!).

W sklepach, bankach i biurach za każdym razem gryzę się w język, by nie powiedzieć głośno „czy ktoś tu pracuje?!”. Ale wtedy myślę sobie – czy kapitalistyczny świat nadgodzin, wyścigu szczurów, chorych ambicji i ciągłego pędu do sukcesu jest w czymś lepszy? Może to właśnie Kuba opierająca się kapitalizmowi i korporacyjnemu zniewoleniu człowieka wybrała lepszą drogę ku przyszłości i społecznej sprawiedliwości? Fidel Castro powiedział przed sądem w mowie obronnej, że historia go rozgrzeszy. Odpowiedź na to pytanie też zna tylko historia, która dopiero przed nami.

Tekst powstał na Kubie, latem 2016 roku.

Zobacz także wideo:

25 thoughts on “Jak wygląda prawdziwe życie na Kubie?”

  1. Bardzo dobry, wnikliwy tekst. Jedno mnie strasznie nurtuje przy tych wszytskich niskich zarobkach. Skąd w takim razie tylu tych ludzi kupuje karty do internetu za 2-3 CUC czy refrescos za 1-1,5 CUC Mowie oczywiscie o Hawanie. Wszyscy maja to z turystow? A jak maja to czy nie mysla o odlozeniu i hmmm zrobieniu z ta kasa czegos sensowniejszego niz wydanie na facebooka lub lemoniade?

  2. Ale jest to wszystko prawdziwe co piszesz! super ujete i napisane nie w formie informacji dla turysty, ale z dusza jak dobra proza. Kocham Kube I jestem od niej uzalezniona.
    pozdrawiam

  3. są kwestie, które mi się na Kubie podobają – właśnie te, o których na końcu piszesz. i operacje zmiany płci opłacane przez państwo też. to jest socjalizm na plus. niestety tam, gdzie socjalizm zamienia się w komunizm, robi się już bardzo przykro… pamiętam, jak oglądałam ‚dzienniki motocyklowe’ – kupowałam che guevare w 100%. ale potem wiadomo, jak to się skończyło…

  4. Genialny post! byłam na Kubie w czerwcu tego roku. Tak jak piszesz jest skromnie wydawćby sie mogło że biednie ale ludzie maja zapewnione podstawowe potrzeby. To kraj z najniższą śmiertelnościa noworodków, to kraj gdzie ludzie dożywaja 100, to kraj, w którym walczono z analfabetyzmem. Czy Fidel chciał dobrze? Myśle że tak. Co będzie dalej kiedy rzady rodziny Castro przejdą do historii? Oby Kuba nidy nie wyglądała jak zepsute i komercyjne USA.

  5. Fantastyczny tekst, super się czyta. Moje odczucia co do Kuby były mieszne. Dzięki Tobie wiem ,że jednak musi być pięknie i życie pomimo bidne to musi być szczęśliwe. Nikt nie biega , nikt nie goni. Nikt nie niszczy drugiego człowieka. I nie patrzy jak go wykiwac. Super. Myślę ,że kiedyś na pewno odwiedzę Kubę.
    Nie ukrywam ,że chciałbym już i to dzięki Tobie.
    Powodzenia i szczęścia życzę.

  6. Wlasnie wczoraj wrocilam z Kuby. Zwiedzilam pare miast i w paru „casa particulares” spalam. Bacznie obserwowalam zycie Kubanczykow i ze wszystkim w artykule opisanym sie zgadzam. Kuba miejscami bywa piekna, a czasami nawet zachwyca, ale zycie tam jest niestety bardzo trudne.
    I co mnie zaskoczylo najbardziej, to ludzie, ktorzy twierdzili, ze zyje im sie tam dobrze.
    Presja ze strony panstwa? Strach przed opresjami? W tych przypadkach chyba niekoniecznie o to chodzilo. W wiekszosci byli to starsi ludzie, ktorzy w mojej ocenie uwazaja tak, bo nie znaja innego/”lepszego” swiata.
    Nie jestem „korpoludkiem” ani fanem zycia w stylu „wyscig szczurow” – witamy w Warszawie :p, ale szkoda mi naprawde tych ludzi, bo nigdy nie dostali wyboru.
    Wolnosc, to jest to, czego nigdy nie poznali. Dla mnie? Wartosc najwazniejsza.
    Wracajac do tematu, Kube takze polecam, warto zobaczyc, tyle…ze radze sie przygotowac na hardcore.
    Zwlaszcza, jesli ktos ma bzika na punkcie higieny…to byl moj najwiekszy problem. Zycie poza „domem” – casa. Moj dzien poza domem byl od switu do zmierzchu…i tak kazdego dnia. Na zwiedzaniu i przygodach. Co za tym idzie, wiadomo…jedzenie w miescie, a takze inne potrzeby fizjologiczne czlowieka. Znalezc czysta restauracje, gdzie w sterylnych warunkach bedzie przygotowywane jedzenie…graniczy z cudem.
    Nalezy uczciwie uprzedzic tez jak wyglada kwestia z toaletami, w ktorych zazwyczaj nie ma papieru toaletowego i i mydla, a sam poziom ich higieny sprawia, ze potrafisz w ulamku sekundy zapomniec, o biezacych potrzebach 🙂
    I szukac dalej 🙂
    Ja nie zaluje tej wizyty, absolutnie nie odradzam tylko uwazam, ze uczciwie jest podzielic rzetelna opinia z kims, kto mysli o takiej wyprawie, bo w innym przypadku, mozna sie niemilo rozczarowac.
    Kuba to przygoda.
    Aha…i maja ciezka reke do lania alkoholu 😀
    Mojito czy Cuba Libre, ktorego wypilismy z kompanem podrozy hektolitry, w dziesiatkach miejsc, w roznych miastach, wszystkie mialy te sama ceche…soft drink, tylko „dla zabarwienia” (w przypadku Cuba Libre) :p
    Ale czy to nie takie nasze?
    W polski gust :p
    Pozdrawiam serdecznie wszystkich podrozujacych oraz tych, o podrozowaniu zaczynaja myslec 🙂

  7. W punkt napisane! Aż chciałoby się wrócić…pamiętam jak przemycaliśmy alkohol, kto nie kombinuje ten nie ma. On zarobił, my kupiliśmy taniej, cygara od staruszki z bujanego fotela…dzieci nie znające popularnych u nas w Europie/na świecie słodyczy. Zapach „pustki” w sklepach. Salon fryzjerski z „kiłą i mogiłą”, muzyka, mocne drinki, uśmiechnięci ludzie – wracam wspomnieniami…

  8. Hej Basiu, swietny tekst. I taki prawdziwy. Ja mieszkam na Kubie od ponad 5 lat,z tymze pracuje w firmie miedzynarodowej, wiec moj standard zycia jest zupelnie inny. Weszlam tu przez przypadek, poniewaz wiele osob mnie pyta o to jak sie zyje tu naprawde i nikt nie potrafi uwierzyc, ze realnosc i codziennosc Kubanczyka nie jest juz taka kolorowa. Dzieki za ten tekst. Jesli jestes na Kubie, daj znac i sie spotkamy. Mieszkam w Hawanie. Pozdrawiam, Basia

  9. Rowniez bylam na Kubie w 2008 roku zgadzam sie ze wszystkim..zycie tam dla nas wydaje sie okropne ale tym ludziom to wbrew pozorom odpowiada. A moze nie wbrew bo zyje sie spokojnie, a to bardzo wazne. W ich kulturze jest luz,spiew, muzyka taniec malo miesa moze to klucz do dlugowiecznosci? 😉 Kuba jest piekna i przerazajaca dla nas, a dla nich? mysle ze odpowiedz jest w tym tekscie brawo…

  10. Też nie dawno wróciliśmy.
    Opisane w punkt.
    Od 2 lat wiele się nie zmieniło.

    Basiu, a czy wiesz może czy właściciele cas particolares mają dodatkowy przydział jedzenia by mogli uraczyć gości czy to co dostajemy na śniadania kupują za swoje z wynajmu?

    1. Nie, Kubańczycy, którzy prowadzą casas particulares kupują po prostu więcej droższego jedzenia za CUC, by ugościć turystów 🙂

  11. Baśka, fantastyczny tekst! Mimo, iż złamałaś wszelkie trendy w pisaniu postów – za długo i bez nawału kolorowych zdjęć, wygrywasz w moim osobistym rankingu na najlepszy tekst czerwca w blogosferze… ekhem podróżniczej 🙂

  12. Tekst, który idealnie oddaje atmosferę na Kubie. Kuba to dwa równolegle światy 🙂 co ciekawe – niektórzy Kubańczycy, którzy mieli okazję być w Stanach, Kanadzie czy Europie twierdzą, że nie chcą naszego ‚zepsucia’ w swoim kraju…

  13. Ja doswiadczylem komuny PRL i kartek, doswiadczylem dynamicznych lat 90 oraz 20 lat mieszkania w kapitalizmie kanadyjskim. 2 tyg. temu wrocilem z Kuby. To co najbardziej mnie wkurzylo to, ze Kubanczycy nie szanuja turystow, oszukuja na potege. Tego nawet w PRL nie bylo. Jak ktos przyjechal z Zachodu to za $20 mogl spedzic wakacje zycia.

    1. Niestety zdarzają się oszustwa, to prawda. Dlatego zachęcamy do podróży z nami, by nie dać się oszukać i poznać Kubę od tej dobrej strony i wielu wspaniałych ludzi. Nie można tak generalizować, że „Kubańczycy nie szanują turystów”, bo większość doskonale wie, że to dzięki turystom mają pieniądze na życie poza nędzą.

  14. Świetny, prawdziwy tekst….Kuba może zachwycić, Ale niestety może być też irytująca…co mnie najbardziej zaskoczyło na minus to fakt, że ceny dla turystów są wprost wyssane z palca.cena nie idzie w parze z jakością, a podróż jest niesamowicie kosztowna. Dodatkowo niestety Kubanczycy próbują oszukiwać turystów na każdym kroku – w kantorze (wydają za mało pieniędzy lub w złych nominalach), – w barze nigdy nie mają reszty lub podają ceny inne niż w cenniku, – w kawiarniach/małych sklepach cena dla turysty zawsze będzie inna niż dla Kubanczyka, często codziennie inna, A czasem mimo etykiety na produkcie również będą chcieli ja zawyzyc..
    Takie przykłady można by mnożyć.. najsmutniejsze jest to że panuje tam dziwna zmowa i nikt prawdy nie powie
    Znając hiszpański łatwo można się w tym wszystkim zorientować (A jednocześnie zdenerwowac)…aż żal było patrzeć na tych wszystkich nieświadomych turystów, którzy języka nie znają i dają się oszukiwać raz za razem…Ale może dzięki tej niewiedzy mają inny, lepszy obraz Kuby. Cóż pieniądze zmieniają ludzi…szkoda że do tego stopnia. Kuba to piękny kraj..Ale ludzie psują jego obraz

    1. Niestety oszustów nie brakuje, to prawda, ale tak jest na całym świecie. Nie mogą oni burzyć całego obrazu Kuby. To prawda, że samodzielna podróż – zwłaszcza bez języka – bywa skazana na wielokrotne płacenie frycowego. Bez fałszywej skromności – po to właśnie jesteśmy, by pokazywać piękno Kuby, które zachwyca i by ustrzec naszych uczestników przed jakimikolwiek niemiłymi sytuacjami 🙂 #HolaCuba

    2. Cienka jest na Kubie linia pomiędzy oszustwem a negocjacjami, jeśli wchodzisz do sklepu czy kawiarni bez cen i nie znasz orientacyjnych ani jakości a nie pytasz na miejscu co i po ile to równie dobrze możesz oddać portfel – to inny kraj, inne zasady gry. Oprócz cen powiedzmy oficjalnych typu transport w tym lotniczy i jak wół napisanej cenie np za sok z trzciny (i tak pilnować trzeba litrażu, czy nie dolewa, czy świeży) musisz o swoją kasę walczyć, pełna asertywność i wręcz agresja – tego nie doznałem na żadnym innym miejscu na świecie. Jeśli godzisz się na wszystko za obrazek na targu wart może ze 2 kuki zapłacisz 30, jeśli jesteś w miarę asertywna zapłacisz no z 10, jeśli ponegocjowałaś bez kupna gdzieś indziej i znasz cenę zapłacisz te 2, ale sztuką jest zejść do ceny w której Kubańczyk pójdzie z obrót kosztem ceny np 5 obrazków za 3 kuki. Brak ceny nie jest oszustwem, tu trzeba się dopytać, natomiast czym innym jest gdy masz rachunek i gość Ci w żywe oczy mówi „fouirty” a Ty masz napisane 30, to taka typowa pomyłka Kubańczyków kiedy cudzoziemiec ma wyliczone 30kuków a kelner krzyczy 40 – przejęzyczenie 🙂 i to jest wszędzie, od soku z kokosa (uwaga bywają wyciągane ze śmietników i uzupełniane – niesłychany recykling), po kantor gdzie np. 30 kuków wymienią Ci na Euro ale tylko do banknotów nominał np 10 lub 5 „resztę” wydadzą w…kukach – czyli po przeliczeniu kursu wydają tyle ile trzeba tylko w banknocie Euro i reszta w bankontach i bilonie CUC zamiast Euro 🙂 – niesamowita ekonomia. Hotele hacjendy, bary restauracje te najlepsze i najgorsze, uliczna sprzedaż, sklepy, wszędzie i każdy chce Twoich dineros 1,5,10, nawiększa pomyłka była o 30 kuków wynikająca z „CIENtenta” 🙂 i jeśli jesteś tam pierwszy raz i nie jesteś lokalsem, to jest jak gra o życie, oni grają o swoje wiedzą że jesteś tam zapewne raz i do widzenia, a Ty jesteś kurą do oskubania. Uważnie zwracać uwagę na takie rzeczy (jeśli jest się aktywnym, to w ciągu dnia takich sytuacji może pojawić się kilka czy kilkadziesiąt w zależności od miejsca) i można podróżować i podziwiać.

      1. Niestety oszustw jest bardzo dużo, a co gorsza, są w nich coraz bardziej wyspecjalizowani. Podróżujemy z Michelem po Kubie cały czas i cały czas odkrywamy nowe formy oszustw, kłócimy się, pilnujemy, by nikt z naszych grup nie został oszukany. Dla takich kłamstw niestety nie ma usprawiedliwienia 🙁

  15. Świetny tekst i doskonały zmysł obserwacyjny. Gratuluję!
    Niedawno wróciłam z Kuby i jestem nią urzeczona. Zjeździłam szlaki wschodniej i centralnej części wyspy zarówno taksówkami, autobusami jak i wynajętym samochodem, co pozwoliło zjechać z utartych turystycznych szlaków i pooglądać trochę kubańskie życie. Odkryłam, że Kuby i jej mieszkańców nie należy starać się zrozumieć. Trzeba zaakceptować, otworzyć szeroko oczy i dziwić się na zdrowie.
    Nurtuje mnie jednak jedna kwestia. Dlaczego mianowicie, mając setki tysięcy hektarów pastwisk i setki tysięcy krów kubańczycy mają głównie mleko w proszku? Tylko raz! w Cienfuegos poczęstowano nas prawdziwym mlekiem. Będę wdzięczna za informację, bo bardzo mnie to nurtuje, a nigdzie nie mogę znaleźć informacji na ten temat.
    Pozdrawiam

  16. Pani Basiu swietnie tutaj pani wszystko opisala zgadzam sie z Pania w 100%
    Kocham Kube!! Mam dom w kubanskiej wiosce
    Teraz buduje hostel
    Wreszcie znalazlam cudowne miejsce na ziemi
    Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieje ze kiddy’s sie spotkamy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *